Wiersze i piosenki na miesiąc październik
„Kosmiczne przygody” – opowiadanie na podstawie utworu Klaudii Opielskiej
Tola i Tymek uwielbiali przyglądać się nocnemu niebu. Każdej nocy, przed snem,
siadali na parapecie swojego pokoju i przyglądali się migoczącym punkcikom
na ciemnym niebie. Latem rodzice czasem pozwalali im poleżeć za domem na kocu i wypatrywać
spadających gwiazd. Tymek marzył, by kiedyś polecieć w kosmos i spotkać ufoludki.
Tola czasem żartowała sobie z jego marzeń, ale tak naprawdę sama była ciekawa, co kryje
się tam daleko, w przestrzeni kosmicznej.
Pewnej nocy, Tymek otworzył oczy i okazało się, że znajduje się w prawdziwej rakiecie, która
pędzi w kosmos. Kiedy spojrzał przez jej okno, zobaczył setki błyszczących gwiazd, kolorowe
planety i wirujące komety. W pewnym momencie rakieta wylądowała na małej, czerwonej planecie.
Tymek wysiadł i natychmiast został otoczony przez małe, kolorowe stworki z wielkimi
oczami i antenkami na głowach. Od razu wiedział, że były to ufoludki. Wszystkie skakały wokół
niego z radości, witając go serdecznie, a potem zaprowadziły go do swojej wioski. Chłopiec
bawił się z nimi cały dzień, jadł ich kosmiczne przysmaki i próbował uczyć się ich języka. Był
tak zachwycony, że wcale nie chciał wracać na Ziemię. W momencie, kiedy wsiadał do rakiety,
nagle otworzył oczy i z żalem stwierdził, że leży w swoim łóżku, a cała kosmiczna podróż mu
się tylko przyśniła. Szybko wyskoczył z łóżka i pobiegł do siostry i rodziców opowiedzieć im
o swoim niezwykłym śnie. Wszyscy byli nim zachwyceni. Tola słuchała z niedowierzaniem,
ale widziała, że Tymek jest bardzo podekscytowany. Kiedy rodzice usłyszeli o śnie swojego
synka, postanowili zabrać rodzeństwo do planetarium. Tola i Tymek byli zachwyceni pomysłem.
Na miejscu wszyscy podziwiali gwiazdy i planety na ogromnym ekranie, słuchali opowieści
o kosmosie i oglądali modele rakiet. Tymek czuł się tak, jakby znowu był w swoim śnie.
Po wizycie w planetarium rodzeństwo jeszcze bardziej pokochało kosmos. Cała rodzina zaczęła
czytać książki o planetach i gwiazdach, oglądać filmy dokumentalne i budować modele
rakiet. Tymek nadal marzył o spotkaniu z ufoludkami, a Tola utwierdziła się w przekonaniu, że
w kosmosie naprawdę kryje się wiele tajemnic.
„Kosmiczna wyprawa”- piosenka, sł. i komp. J. Szarek, wyk. K. Majerczyk
Lecimy dzisiaj w kosmos,
załoga już gotowa.
Rakieta na nas czeka,
to będzie wyprawa wyjątkowa!
Ref. Kosmos – dzisiaj wyruszamy!
Kosmos – przygodę zaczynamy!
Kosmos – uwaga startujemy!
Kosmos – lecimy tam, gdzie chcemy!
Pasy zapinamy,
do lotu już gotowi.
W kosmos wyruszamy
i może ufoludki poznamy!
To my astronauci
i nasze rakiety!
Lecimy wysoko,
tam, gdzie są planety!
To my astronauci,
z nami przygód wiele.
Od dziś ufoludki,
to nasi przyjaciele!
„Taki jeden sen”
Na moje okno spadła
gwiazdka jedna mała,
i jednym małym oczkiem
do mnie zamrugała.
Z górnej mej szuflady
jedna skarpetka wyjrzała,
z tą jedną małą gwiazdką
zaprzyjaźnić się chciała.
Jeden miękki kapeć
wysunął się spod łóżka,
do tańca z nim stanęła
jedna moja poduszka.
Co tu się dziać zaczęło,
ja tylko jeden wiem,
lecz przyznać muszę, że to był
tylko jeden sen.
„Tola i Tymek na tropie liter” – opowiadanie na podstawie utworu Klaudii Opielskiej
Był piękny, niedzielny poranek. Promienie słońca zaglądały przez okno pokoju
Toli i Tymka, którzy dopiero się obudzili. Mama i tata czekali już na nich w kuchni
z pysznym śniadaniem. Po zjedzeniu ulubionych kanapek z dżemem i wypiciu ciepłego kakao,
tata powiedział, jakie ma dla nich plany na dziś.
– Kochani, co powiecie na rodzinny spacer? Słyszałem, że w piątek w przedszkolu świętowaliście
Dzień Drzewa i wasza pani opowiadała wam o różnych drzewach, prawda? To może
dziś pójdziemy do parku podziwiać różne okazy?
– Może uda wam się rozpoznać gatunki, o których się uczyliście? – dodała radośnie mama.
Tymek od razu podskoczył z radości.
– A Tropek może iść z nami? – zapytała Tola.
– Oczywiście! – uśmiechnęła się mama, głaszcząc Tropka, który merdał wesoło ogonkiem.
Decyzja zapadła i wszyscy wyruszyli razem na spacer w stronę parku. Tymek trzymał Tropka
na smyczy, bo w miejscach publicznych psy zawsze powinny być pod opieką.
– Mamo, tato, a wiecie co? W przedszkolu poznałem w tym tygodniu nową literę! To litera
„a”! – oświadczył z dumą chłopiec.
– O, to wspaniale, synku! – pochwalił go tata. – A może podczas naszego spaceru poszukamy
rzeczy, których nazwy zaczynają się na literę „a”? Co wy na to? – zapytał.
Tola i Tymek z entuzjazmem pokiwali głowami.
Już na początku spaceru, gdy przechodzili obok zaparkowanych samochodów, Tola
krzyknęła:
– Patrzcie! Auto! Zaczyna się na „a”!
– Brawo Tolu – pochwaliła dziewczynkę mama. – A co widzicie tam wysoko na dachu tego
domu? – wskazała palcem.
Rodzeństwo spojrzało w górę. Na jednym z kominów widać było drucianą konstrukcję.
– To jest antena! – wykrzyknął Tymek, przypominając sobie, co jego nauczycielka mówiła
o odbieraniu sygnałów – Antena też jest na „a”!
– Świetnie wam idzie! – uśmiechnął się tata. – A teraz popatrzmy na te piękne drzewa. O,
zobaczcie jaki wysoki dąb! Jego liście mają charakterystyczny kształt.
Dzieci podeszły bliżej i dotknęły szorstkiej kory. Tropek obwąchał korzenie, a Tymek przyglądał
się zielonym liściom.
– A wiecie, jak nazywa się tamto drzewo? – mama wskazała palcem.
– Takiego jeszcze nie widziałam – powiedziała Tola.
– To akacja – oświadczyła mama.
– „A” jak akacja – krzyknęły prawie równocześnie dzieci.
– Jej kwiaty bardzo ładnie pachną – dodała mama i nachyliła w dół gałązkę, żeby Tola
i Tymek mogli powąchać.
Spacerowali dalej, podziwiając różne gatunki drzew. Przyglądali się wysokim sosnom z igłami,
brzozom z białą korą i rozłożystym klonom. Nagle Tymek zatrzymał się i wskazał na
pojazd, który przejeżdżał ulicą idącą wzdłuż parku.
– Autobus! – krzyknął. – „A” jak autobus!
– Brawo, synku – pochwalił go tata – wygląda na to, że całkiem dobrze radzisz sobie z literą „a”.
Spacerując dalej, dotarli do rabatki, na której rosło mnóstwo kwiatów.
– Mamo, co to za kwiaty? – zapytała Tola, a Tropek zaczął już je obwąchiwać, merdając
ogonkiem.
– To są astry – powiedziała mama.
– „A” jak astry! – krzyknęła zadowolona Tola, schylając się, żeby powąchać kwiaty.
Wszyscy usiedli na pobliskiej ławce, żeby odpocząć i nacieszyć się pięknem jesiennego parku.
Tropek położył się u ich stóp, a Tola i Tymek z radością opowiadali o wszystkich „a”, które
udało im się wytropić podczas spaceru.
– Widzicie, ile ciekawych rzeczy zaczyna się na literę „a” – powiedział tata. – A wszystko
dzięki temu, że Tymek tak pilnie uczy się w przedszkolu.
Wracając do domu, dzieci były pełne wrażeń i nowej wiedzy. Spacer nie tylko pozwolił im
podziwiać piękno jesiennej przyrody, ale także stał się wesołą lekcją o literze „a”.
„Jesień w parku” – wiersz Elżbiety Żurakowskiej
Jesień po parku biegała,
kolory liściom zmieniała.
Słoneczko jej pomagało,
srebra i złota dodało:
rudości, brązu, czerwieni,
rzuciło też trochę żółcieni.
Kolory się wymieszały,
zmieniły w bajkę park cały.
Drzewa z radości szumiały,
listki na ścieżkę zrzucały.
Gdy jesień się troszkę zmęczyła,
odpocząć postanowiła.
Usiadła tuż przy furteczce,
na małej parkowej ławeczce,
w alejkę z dumą spojrzała:
„Robota mi się udała!”
„Kasztany” – wiersz Joanny Żarniewskiej
Spadają, spadają brązowe kasztany,
i ścielą na ziemi rudawe dywany.
Brązowa kuleczka śle uśmiech z daleka,
podejdę, bo czuję, że już na mnie czeka.
Ten lśniący, ten gładki kasztanek w mej ręce,
ukryję w kieszeni – przyniesie mi szczęście.
A jeśli nazbieram kasztanów ciut więcej,
to zrobię laleczkę w kolczastej sukience,
to zrobię ludzika z tycimi butkami,
z rączkami z zapałek, z ustami z korali.
Gdy zbiorę już dużo kasztanów w koszyku,
narobię przeróżnych zabawek bez liku.
„Liściobranie” – opowiadanie Martyny Jelonek
W przedszkolu Toli i Tymka jesień rozgościła się na dobre. Widać to było zwłaszcza
w szatni, gdzie królowały kalosze, płaszcze przeciwdeszczowe, czapki,
szaliki i wodoodporne kurtki. Rankiem przez okno widać było gęstą mgłę lub
deszcz, a dzień stał się nagle zdecydowanie krótszy niż latem – po podwieczorku robiło się
już ciemno na tyle, że pani nauczycielka musiała włączać światło na sali. Od czasu do czasu
ktoś kichnął, na stole pojawiły się chusteczki higieniczne, a ciepłe kakao do śniadania i zupa
dyniowa lub rosół na obiad smakowały jak nigdy dotąd i przyjemnie rozgrzewały dzieciom
brzuchy. Jesienne poranki zazwyczaj były powolne i senne, ale nie tym razem – nauczycielka
miała doskonały plan na zajęcia w terenie.
– Kochani, dziś wybierzemy się na spacer, aby poszukać tego, co jesienią jest najbardziej kolorowe,
różnorodne i występuje praktycznie w każdym miejscu – oznajmiła tajemniczo pani,
gdy dzieci kończyły już śniadanie.
– Kolorowe i różnorodne? – powtórzyła z zaciekawieniem Tola. – Czy chodzi o… parasole?
Występują dziś na prawie każdym wieszaczku w szatni. Sama widziałam! – dodała, dumna
ze swojej spostrzegawczości.
– No co ty, kolorowych parasoli wcale nie ma tak dużo. Moi rodzice mają jakieś ciemne
i smutne, jak większość poważnych dorosłych… – stwierdził Janek. – Myślę, że pójdziemy do
warzywniaka i poszukamy jesiennych owoców i warzyw. Dynie, jabłka, cukinie, śliwki i różne
inne pyszności.
– Niezupełnie… Czy ktoś ma jeszcze jakiś inny trop? – zapytała pani. – Dodam, że chodzi
o coś lekkiego i szeleszczącego.
– No to, jeśli nie są to płaszcze przeciwdeszczowe z supermarketu, to może… liście? – niepewnie
odpowiedział Tymek. – Te jesienne są żółte, brązowe, pomarańczowe, czerwone,
a nawet trochę złote…
– Bingo, Tymku! – pochwaliła chłopca pani. – Dziś wyruszamy na liściobranie! Pozwólcie
jednak, że najpierw coś wam pokażę. Zrobimy sobie małe szkolenie z wiedzy o liściach! –
wyjaśniła, po czym włączyła projektor i komputer.
Po chwili dzieci zobaczyły na ścianie kolejno kilka różnych liści.
– Ten na samej górze, to liść kasztanowca. Może coś wam przypomina? – zapytała
nauczycielka.
– Wygląda jak dłoń – każdy liść to jeden palec i wszystkie są ze sobą połączone jedną łodygą!
– oznajmiła Kasia.
– Masz rację, Kasiu – pochwaliła dziewczynkę pani. – Musicie jednak wiedzieć, że czasem
liść kasztanowca składa się z więcej niż pięciu mniejszych listków, a palców u dłoni mamy
tylko pięć – uśmiechnęła się. – Ale rozłożona dłoń to świetne porównanie. Spójrzcie, proszę,
na kolejny liść. Pochodzi on z drzewa o nazwie klon.
– Mniam! Uwielbiam syrop klonowy… – wspomniał Tymek, masując się po brzuchu. –
Najlepszy dodatek do naleśników i różnych placuszków. Prawdziwa gwiazda wśród słodkości!
– Ten liść w zasadzie trochę wygląda jak gwiazda… – stwierdziła Ola.
– Tak, Olu! – klasnęła w dłonie pani. – Liść klonu przypomina gwiazdę. Ma pięć, a czasem nawet
siedem dużych, ostro zakończonych klap. Jest też lekko ząbkowany na brzegach. A ten?
– zapytała pani, wskazując na obrazek kolejnego liścia.
– To jest chyba liść miłości, bo ma kształt serduszka! – powiedziała Tola, rozśmieszając
część grupy.
– To liść lipy, który kształtem rzeczywiście przypomina serce, a jego brzeg jest drobno piłkowany.
Widzicie te urocze, małe ząbki? – zapytała pani. Zerknijcie na kolejny liść – tym razem
topoli.
Dzieci przypatrywały się chwilkę kolejnemu zdjęciu, milcząc.
– Ale…, ale… to chyba ten sam liść – nieśmiało powiedziała Tola. – Nic się nie zmieniło.
– Może to jego brat bliźniak, a pani próbowała trochę nas nabrać? – zapytał Julek.
– Nie, kochani. To naprawdę inny liść, liść topoli – pani wyciągnęła z szuflady biurka dwa
liście. – Spójrzcie: tutaj trzymam liść lipy, przypominający serce, a w drugiej ręce liść topoli.
Bardziej podłużny, bez wycięcia przy łodyżce, z wyraźnymi ząbkami.
– A! – wykrzyknął Tymek. – W takim razie to nie pani płata nam figle, tylko natura! Trzeba być
naprawdę spostrzegawczym, żeby je odróżnić.
– I właśnie za chwilę będziemy mieli okazję, by tę spostrzegawczość poćwiczyć w terenie –
oznajmiła nauczycielka. – Weźmiemy do parku trzy koszyki i podzielę was na trzy zespoły.
Każdy zespół będzie miał za zadanie zebrać liście klonu, kasztanowca i topoli. Zobaczymy,
któremu zespołowi uda się zebrać najwięcej liści. Zrobimy z nich piękne, jesienne bukiety.
Dzieci aż tupały nogami z podekscytowania. Czas w parku miło upłynął na godzinnych poszukiwaniach.
Pani cały czas przypominała dzieciom, by uważnie śledziły naturę i pamiętały, że
w koszykach powinny znaleźć się wyłącznie liście klonu, kasztanowca i topoli. W parku było
mnóstwo innych drzew, więc zadanie wcale nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać.
– Jeśli chcecie, możecie skorzystać z kilku lup, które wzięłam ze sobą – zaproponowała pani.
Większość dzieci skorzystała z lupy, przy okazji obserwując fascynujące żyłki na liściach.
– Szkoda czasu na patrzenie przez lupę! – oznajmił głośno Antek. – Lepiej zebrać więcej liści
niż tracić cenne minuty.
Po powrocie i obiedzie nastąpiło wielkie liczenie liści. Pierwsza grupa, do której należał
Tymek, zebrała trzydzieści liści. Druga, na czele z Tolą, czterdzieści jeden liści, a trzecia grupa,
Antka, zebrała aż pięćdziesiąt.
– Wygraliśmy! – Antek wyskoczył w górę niczym kangur.
Okazało się, że pierwsze miejsce zajęła jednak drużyna Toli. JAK TO SIĘ MOGŁO STAĆ?
„Poranek Tymka” – opowiadanie na podstawie utworu Klaudii Opielskiej
Był chłodny jesienny poranek. Mama właśnie mnie obudziła, bo był najwyższy
czas szykować się do przedszkola. Moja siostra Tola już dawno była ubrana, bo to ja z naszej
dwójki jestem większym śpiochem. Słońce już wstało, czas i na mnie! Przeciągam
się leniwie, ziewam cichutko i podnoszę ręce wysoko do góry. Muszę się ciepło ubrać,
bo na dworze może być chłodno. Najpierw zakładam buty – pochylam się i starannie wiążę
sznurówki, potem wkładam ręce do rękawów mojej ulubionej kurtki. Gotowy, otwieram
drzwi i wychodzę z domu. Pamiętam, żeby iść chodnikiem, bo tam jest bezpiecznie
dla wszystkich pieszych. Maszeruję więc żwawo z Tolą za rękę, wysoko unosząc kolana.
O, patrzcie! Widzę moich kolegów! Zatrzymuję się na chwilę i macham do nich wesoło ręką.
Idziemy razem dalej i zbliżamy się do przejścia dla pieszych – widzicie te białe pasy na jezdni?
Zwalniamy kroku i zatrzymujemy się przed wyznaczoną linią. Musimy poczekać na zielone
światło dla pieszych. Wszyscy patrzymy uważnie na sygnalizator. Hurra, zaświeciło się zielone!
Teraz możemy bezpiecznie przejść na drugą stronę ulicy, ale pamiętamy, żeby jeszcze raz
rozejrzeć się w lewo i w prawo i jeszcze raz w lewo, żeby upewnić się, że nic nie jedzie. Czasem,
kiedy przechodzę na drugą stronę ulicy, trzymam mocno mamę za rękę. Wtedy wiem, że jestem
bezpieczny, bo mama zna się najlepiej na przepisach ruchu drogowego. Jesteśmy już po
drugiej stronie, więc idziemy dalej chodnikiem. Ojej, tutaj jest duża kałuża! Musimy ją ostrożnie
przeskoczyć, żeby nie zmoczyć naszych butów. Patrzcie! Już widzę moje przedszkole! To ten
kolorowy budynek z dużą liczbą okien. Robię jeszcze jeden krok do przodu i uśmiecham się szeroko
– jestem na miejscu. Bezpiecznie dotarliśmy do przedszkola. Wchodzę do środka i witam
się z panią i wszystkimi moimi kolegami. Pamiętajcie dzieci, że nasza droga do przedszkola
może być bardzo ciekawa, ale zawsze musimy być ostrożni i pamiętać o wszystkich zasadach
bezpieczeństwa na drodze. Dzięki temu zawsze bezpiecznie dotrzemy do celu.
„Rower” piosenka, sł. A. Bayer, muz. J. Woźniewski
Jadę szybko na rowerze,
kręcą się dwa kółka.
Prosto trzymam kierownicę,
jestem mistrz podwórka.
Ref. Tur turtur, tur turtur,
z górki i pod górkę.
Jadę szybko na rowerze,
dogoniłem chmurkę. x2
Wietrzyk targa moje włosy,
słonko mnie opala.
Miło jechać na rowerze,
gdy mama pozwala.
„Pilot” – wiersz Joanny Żarniewskiej
Miś puchaty dzisiaj rano
machnął łapką: – Lecę, mamo!
Wsiadł do swego misiolotu,
by dwie pętle zrobić wokół.
I ruszyły w ruch turbiny,
tej misiowej cud-maszyny.
A miś mocno zapiął pas,
bo przygody nadszedł czas.
I poleciał hen wysoko,
gdzieś ku słońcu, ku obłokom.
Z góry widział różne wzory,
linie, plamy i kolory.
Domy – klocki, ludzie – mrówki,
drzewa – małe, jak borówki.
Rzeki – wstążki, lasy – krzaczki,
drogi – małe, jak robaczki.
Zwiedził wszystko w okolicy,
białe chmurki też policzył.
A gdy wreszcie się nalatał,
miękko wylądował w krzakach.
Gdy zobaczysz w górze hen,
machającą łapkę, ster,
pomyśl, że tam właśnie leci
miś pluszowy – kompan dzieci.
